DYKTATURA „ARBUZÓW”, CZYLI OZE JAKO ODNAWIALNE ŹRÓDŁA… EURO, GŁÓWNIE DLA FIRM IV RZESZY

Arbuz jaki jest, każdy widzi. Określenie eko-terrorysty przychodzi trudniej. A szkoda, gdyż to też arbuz tylko w warstwie mentalnej, charakteryzującej agresywnych osobników, którzy z rzekomej troski o planetę i ludzkość uczynili wyjatkowo lukratywny biznes. Na zewnątrz propagandowo zieloni, odwołujący się do społecznej wrażliwości na dobro środowiska w którym żyjemy. Wewnątrz – bolszewicko czerwoni, bezwzględnie i z wykorzystaniem wszelkich metod zmuszający nie tylko do wpłacania na ich konta wielomiliardowego haraczu w formie wyimaginowanego „podatku węglowego” ale także takiej transformacji gospodarki, aby hasło „Nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy” odczuł na własnej skórze każdy mieszkaniec kuli ziemskiej, oczywiście poza samymi pomysłodawcami i realizatorami tej ideologii.
Wdrożony w ramach Unii Europejskiej wspólnotowy rynek uprawnień do emisji dwutlenku węgla (ETS) przyniósł dotychczas jego beneficjentom wpływy przekraczające 400 miliardów euro, które wydrenowano z kieszeni obywateli, płacących więcej za wszystko, co niezbędne do życia – od elektryczności po artykuły konsumpcyjne. A stopień zmniejszenia emisji dwutlenku węgla? Bliski zeru i do przewidzenia przez każdego, kto nie został zaczadzony medialną propagandą „arbuzów”. Każdego dnia ponad 600 czynnych wulkanów na świecie wyrzuca w atmosferę więcej gazów cieplarnianych do atmosfery Ziemi niż cały światowy przemysł w ciągu roku. W dodatku – największe potęgi gospodarcze najzwyczajniej „olewają” presję ze strony eko-terrorystów, a Chiny wręcz lawinowo budują nowe kopalnie węgla kamiennego i brunatnego.
Zwłaszcza, że „arbuzom” ciągle ubywa transformacyjnych argumentów. Najbardziej wymowny w ostatnim czasie to blackout w Hiszpanii – kraju, który ze wskaźnikiem 70-procentowego udziału tzw. odnawialnych źródeł energii (OZE) uchodzi za europejskiego prymusa i unijny wzór do naśladowania.
„Ciemność widzę, ciemność!”. To zawołanie, znane polskim widzom z filmu „Seksmisja” w poniedziałek, 28 kwietnia br. mogłoby powtórzyć od 50 do 60 milionów mieszkańców Hiszpanii oraz części Portugalii i Francji. Zatrzymane pociągi, autobusy i tramwaje, zablokowane lotniska, sparaliżowany handel, nieczynne bankomaty, unieruchomione windy, tysiące ton zepsutej żywności w wyłączonych lodówkach i zamrażarkach, wstrzymana produkcja setek fabryk, w tym Volkswagena, Forda i Iveco… Istny Armagedon z kilkunastoma ofiarami śmiertelnymi i kilkudziesięcioma rannymi oraz łącznymi stratami sięgającymi 4 mld euro.
Co było przyczyną największej katastrofy energetycznej w ostatnich latach? Promujące dyktaturę „arbuzów” media ujęły to wyjątkowo delikatnie. Stwierdziły mianowicie, że za awarię może odpowiadać zbyt mała moc stabilnych źródeł elektroenergetycznych. Po pierwsze – nie może tylko odpowiada. Po drugie – owe „stabilne” źródła to po prostu elektrownie zasilane nie słońcem lub wiatrem lecz węglem, gazem oraz uranem.
W Polsce OZE zapewniają ledwie 17 procent całości dostarczanej mocy lecz i tyle wystarcza, aby stwarzać nienznane wcześniej problemy. W jeden z majowych – akurat słonecznych – dni spiker publicznego radia zaapelował do słuchaczy o możliwie szybkie skonsumowanie nadmiaru panelowej mocy. Już chciałem wziąć ze sobą na plażę w Sobieszewie 2-kilowatowy grzejnik ale nie miałem pewności, czy znajdę czynną budkę ratowników, a w niej kontakt z podlicznikiem.
Żarty na bok, bowiem „arbuzy” zdecydowanie nie żartują. Aktualnie promują morskie farmy wiatrowe na Bałtyku, mające znacząco wesprzeć pogoń naszej energetyki za wspomnianą Hiszpanią, z blackoutami włącznie. I na nic zda się w tym wypadku argument w postaci działań sąsiadów nam najbliższych – oczywiście tylko w sensie geograficznym – czyli Niemców. Nie tylko wyłączyli z eksploatacji swoją pierwszą farmę „Alpha Ventus” na Morzu Północnym jako deficytową z powodu zbyt małych dopłat ze strony państwa ale także rozbierają wiatraki na lądzie, a zwolnione miejsce przeznaczają pod… kopalnie węgla brunatnego.
Nas jednak od wizji łapania wiatru na morzu jakoś nie odwodzą. Wprost przeciwnie – mobilizują wszystkimi środkami, z liczną agenturą wpływu włącznie. Wszak trzeba gdzieś wypchnąć blisko 20 tys. turbin wiatrowych wyprodukowanych przez ponad 100 niemickich firm, na czele z takimi jak Enercon, Nordex, REpower, DeWind i Tacke. Dla polskojęzycznych eko-terrorystów OZE oznacza Odnawialne Źródła Energii, dla Niemców natomiast – Odnawialne Źródła Euro. Można powiedzieć: geszeft jak się patrzy.
Aktualnie nie ma droższej energii niż uzyskiwana z morskich farm wiatrowych. Wspomniane wcześniej dotacje budżetowe dla farm niemieckich to jednoznaczny dowód na potwierdzenie tej oczywistości. Czy POPiS-owe rządy są aż tak nierozgarnięte, czy po prostu świadomie, z premedytacją i bynajmniej nie bezinteresownie chcą wydmuchać z wiatrem kolejne miliardy złotych z budżetu, którego deficyt ma wynieść w tym roku 288 mld. zł, a całkowite zadłużenie Skarbu Państwa dobić do okrągłych 2 bilionów złotych?
Na zakończenie wymowna puenta. W dniach 16 i 17 czerwca br. Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku było miejscem Ogólnopolskiego Szczytu Energetycznego pod jakże szczytnym hasłem: „Bezpieczeństwo Energetyczne Europy – Rewizja Europejskiej Polityki Energetycznej”. Akredytowałem się na to wydarzenie licząc na jakiś promyk nadziei w postaci rewizji dotychczasowej ekspansji, by nie rzec – agresji „arbuzów”, dążących do rozszerzenia kwietniowego kataklizmu w Hiszpanii na inne kraje UE, Polski mnie wyłączając.
Nic z tych rzeczy. Już program szczytu pobrany wraz z dziennikarskim identyfikatorem pozbawiał jakichkolwiek zdroworozsądkowych oczekiwań. Na jego wewnętrznych okładkach doliczyłem się:
– 11 „głównych patronów honorowych”, w tym sześciu ministerstw na czele z Ministerstwem Rolnictwa, walczącym ponoć z „Zielonym Ładem” oraz ambasad Francji i Danii, akurat państw mających szczególne zasługi w utrudnianiu dostępu polskich rolników do takich samych preferencji unijnych, jakie są udziałem ich francuskich i duńskich kolegów,
– 50 „patronów honorowych”, w części ukrytych za skrótami typu PRIMEW, FOEEiG. IGGB, PIIT oraz innych, których łączy przemożna chęć uczestnictwa w ewentualnyum podziale „zielonych” fruktów,
– 24 „partnerów” z tak ezgotycznymi jak dobijane przez eko-terrorystów Lasy Państwowe czy kopalnia Bogdanka.
– 35 „partnerów medialnych”, próbujących połączyć obowiązek informowania swoich odbiorców z realizowaniem wytycznych („wicie, rozumicie”) płynących ze szczytów POPiS-owej władzy.
Optymizmem nie napawał również program wystąpień licznych panelistów. Już same tytuły ich referatów wykluczały jakiekolwiek wystąpienia podważające sens wdrażania „Europejskiego Zielonego Ładu”, a tym bardziej budowy morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Wprost przeciwnie. Dominowała proekologiczna bezrefleksyjna wazelina oraz nawoływanie do przyspieszenia tempa budowy wspólnego rynku energii i wspólnej polityki zakupowej (wiadomo pod czyim przewodnictwem). Niczym rodzynki w arbuzowym zakalcu udało się wyłuskać takie tematy jak choćby system ochrony odbiorców przed wzrostem cen energii.

Ostatecznym impulsem do rezygnacji z poświęcenia kilkunastu godzin na wysłuchiwanie argumentów o potrzebie konsekwentnego realizowania scenariusza, który na własnej skórze odczuło ponad 50 mln Hiszpanów i Portugalczyków okazało się dla mnie wystąpienie Agnieszki Pomaskiej. Posłanka Platformy Obywatelskiej znana jest młodszym zwolennikom tej partii jako członek sztabu wyborczego Rafała Trzaskowskiego o znaczącej roli w doprowadzeniu do jego niedawnej klęski. Ja natomiast z racji wieku pamiętam ww. prelegentkę – magistra politologii z zawodu – jako osobę, która zaczynała swoją polityczną karierę od noszenia teczki za niesławnej pamięci posłem Sławomirem Nowakiem, który z kolei nosił teczkę za Donaldem Tuskiem. Nie wydaje mi się, aby były to kompetencje wystarczające do racjonalnego – opartego na faktach, a nie nakazach płynących z Brukseli czyli Berlina – przekonywania o potrzebie wydawania miliardów złotych na niemieckie turbiny gwarantujące najdroższy prąd dla polskich odbiorców.
Rychło opuściłem zatem salę konferencyjną MIIŚw, a po powrocie do domu rozpocząłem przygotowania do blackoutu w wersji polskiej. Zaczęło się od sprawdzenia przenośnego generatora marki Yamaha o mocy 1000 W, kupionego w ubiegłym stuleciu na potrzeby rodzinnego teamu motocrossowego. Choć wiekowy, dokładnie 32-letni, odpalił po kilku próbach. Jeszcze kilka drobnych inwestycji i kolejne poczynania „arbuzów” obserwował będę ze stoickim spokojem człowieka świadomego do czego może doprowadzić techniczno-ekonomiczny debilizm.
Tekst i zdjęcia:
Henryk Jezierski
(28.06.2025)



