FUNKCJONARIUSZKA Z PSIM WĘCHEM?

Coraz więcej czytelników sygnalizuje mi niepokojące zjawisko rosnącej nadreprezentacji obcoplemieńców, głównie pochodzenia ukraińskiego czyli banderowskiego w tzw. resortach siłowych, ze szczególnym wskazaniem na Policję. W pełni podzielam tę diagnozę lecz z istotną korektą; nadreprezentacja obcoplemieńców w służbach z samej swojej istoty wrogich Polakom rozpoczęła się już 80 lat temu. Szeregi ówczesnej bezpieki, milicji i wojska w znaczącym stopniu zasiliła nie tylko żydochazaria z sowieckiego NKWD ale także funkcjonariusze i agenci Gestapo, litewscy szaulisi oraz banderowcy. Ci ostatni mieli nawet mocne papiery na „prawdziwego Polaka”; niemieckie kenkarty przejmowane po ofiarach bestialsko zamordowanych podczas rzezi na Wołyniu i w Małopolsce.
Dzisiaj prym w resortach siłowych wiodą już nie oni lecz ich potomstwo, najczęściej w drugim pokoleniu. I nie jest to bynajmniej agentura na najniższym stopniu służbowej hierarchii. Wprost przeciwnie, o czym świadczy choćby pozycja niejakiego Tomasza Siemoniaka, aktualnie koordynatora służb specjalnych, a wcześniej m.in. ministra obrony narodowej oraz ministra spraw wewnętrznych. Wymowne nominacje zważywszy na jego pochodzenie i przynależność do jawnie probanderowskiego Związku Ukraińców w Polsce.
Do pomiotów po banderowcach z czasów stalinowskich doszlusowała nowa fala w ostatnich kilku latach, zwłaszcza z okresu tzw. pandemii oraz wojny rosyjsko-ukraińskiej. Uzbrojeni i bezkarni dzięki służbowym legitymacjom potomkowie stepowych rezunów znajdują wyjątkowo upodobanie w dyscyplinowaniu Lachów, którym nie podobają się POPiS-owe rządy, tak oddane banderowskiej sprawie. Stąd m.in. ochocze wstępowanie osób pochodzenia ukraińskiego w szeregi Policji nawet w wieku powyżej 35 lat, co jest przypadkiem znanym mi osobiście. Rozpowszechniona w szeregach Policji, wojska i służb specjalnych banderofilia sprawia, że ze swoim antypolskim nastawieniam coraz częściej ujawniają się także banderowskie pomioty od lat „służące” dla dobra III/IV RP.
Niestety, ujawnianie takich przypadków przez szeregowych obywateli niesie ryzyko nie tylko włóczenia się po sądach, z łatwym do przewidzenia wyrokiem końcowym. Policja ma sporo innych sposobów nękania osoby, która odważy się na akt sprzeciwu wobec bezprawia czy działań nielegalnych. Nikt nie chce ryzykować kolejnych, jeszcze gorszych szykan.
Podejmuję jednak taką próbę, zdopingowany nie tylko relacją jaką usłyszałem od znanego mi osobiście mieszkańca jednej z podgdańskich wsi, którego określę umownie Lechem Ściganym, choć trafniejsze byłoby tu posłużenie się pojęciem Lacha Ściganego. Sama opowieść o szykanach, jakich mój rozmowca doświadcza od wielu lat ze strony jednej i tej samej funkcjonariuszki Policji z komisariatu w Cedrach Wielkich zakrawała na fantazję lecz wyeliminowałem ten wariant po bezpośrednim zapoznaniu się z postępowaniem owej przedstawicielki prawa.
Chmura nad posesją
Około południa, 27 maja br. podczas pobytu na posesji Lecha Ściganego wyczułem nieprzyjemny fetor i towarzyszące mu pieczenie oczu. Jego sprawcą okazał się znany mojemu gospodarzowi Sławomir W., który ciągnikiem rozpylał niezidentyfikowaną substancję na pobliskim polu. Zarówno warunki pogodowe, jak i pora dnia absolutnie i prawnie wykluczały takie działanie, a jego wpływ na nasze powonienie oraz wzrok w oczywisty sposób musiały jeszcze gorzej oddziaływać na ptactwo i drobne zwierzęta oraz pszczoły intensywnie pracujące w okresie wegetacji.
Ponieważ nie był to pierwszy przypadek takich praktyk stosowanych przez ww. rolnika, Lech Ścigany tym razem nie poprzestał na kolejnych, ciagle nieskutecznych prośbach do „rozpylacza” i dokładnie o godz. 13.30 skontaktował się z numerem alarmowym Policji prosząc o interwencję. Po upływie około dwóch godzin przed bramą posesji pojawił się osobliwy duet, złożony z umundurowanego policjanta oraz niezidentyfikowanej kobiety. Choć nieumundurowana, wyraźnie grała pierwsze skrzypce w duecie. Stwierdziła autorytatywnie, że rozmawiała ze Sławomirem W. i w całości podziela jego pogląd, iż tenże rozpyla… środek grzybobójczy, nikomu nie szkodzący. Ze zdziwenia przetarłem podrażnione oczy i wyprzedzając gospodarza zapytałem o nazwę tak dobroczynnego preparatu. Otrzymaliśmy odpowiedź, że będzie ona podana w notatce z interwencji.
Duet odjechał, a ja dowiedziałem się od L. Ściganego, że nieumundurowana rozmówczyni to Aldona Wilman-Wisny (patrz: zdjęcie otwierające tekst), funkcjonariuszka Komisariatu Policji w Cedrach Wielkich w stopniu aspirantki sztabowej. Brak munduru podczas interwencji, personalia o wyraźnie litewsko-niemiecko-ukraińskiej genezie oraz charakterystyczna zaczeska a’la Adolf Hitler na głowie bez policyjnej czapki to nie jedyne wymowne cechy ww. policjantki, pozwalające łatwiej zrozumieć jej poczucie wyższości i nieograniczonej władzy nad ponad 70-letnim, schorowanym i mieszkającym samotnie na odludziu Polakiem.
Niezbędne wątki biograficzne
W tym miejscu z dziennikarskiego obowiązku muszę dodać, że Lecha Ściganego do grona wielbicieli dawnej Milicji Obywatelskiej, a obecnie Policji z pewnością nie można zaliczać, czego przyczyną z jednej strony są jego konflikty z przepisami prawa (choć drobne, ograniczone do niechuligańskich występków na rauszu), z drugiej zaś – świadomość własnych dokonań życiowych i zawodowych nijak nie uzasadniająca jego zdaniem nękania ze strony dawniej milicyjnych, a obecnie policyjnych „stróżów prawa”.
Rzeczywiście, gdyby na jednej szali położyć społeczną wagę służby i pracy Lecha Ściganego, a na drugiej tę samą służbę i pracę aspirantki, którą mundur polskiej policjantki najwyraźniej parzy, wówczas ta druga mogłaby co najwyżej emerytowi z gminy Cedry Wielkie buty czyścić. Za nim stoi bowiem wyróżniająca się służba wojskowa w jednostce artylerii, zakończona mistrzostwem Pomorskiego Okręgu Wojskowego w strzelaniu z dział bezodrzutowych oraz awansem na stopień starszego kaprala – najwyższy, jaki mógł otrzymać żołnierz nie zawodowy. Ponadto – dyplom technika mechanika z maturą i świadectwami pracy m.in. w Hucie Katowice na stanowisku operatora w walcowni oraz wieloletnie prowadzenie gospodarstwa rolnego, które wymaga nie jednej lecz wielu umiejętności i – przede wszystkim – nieustannego wysiłku.
A co jest atutem aspirantki Wilman-Wisny? Na pewno nie nasuwająca złe skojarzenia zaczeska oraz brak munduru zarówno za biurkiem, jak i w terenie, o czym przekonałem się osobiście. Nie wiem też z jakich powodów wyżej wymieniona używa dwojga obco brzmiących nazwisk. Nie sądzę, aby pod pierwszym z nich obroniła doktorat lub uzyskała uprawnienia adwokackie, a i służbowy stopień aspirantki sztabowej też szczególnego powodu do chwały nie daje. To po prostu w wojsku odpowiednik chorążego sztabowego, zaliczanego do grupy podoficerów, określanych potocznie „trepami”. Nie słyszałem też, aby aspirantka Wilman-Wisny w ramach swoje służby miała np. jakikolwiek udział w wykryciu gangu z gminy Cedry Wielkie, który specjalizował się m.in. w upuszczaniu setek tysięcy litrów ropy naftowej z rurociągów gdańskiej rafinerii.
Kluczenie nad wyraz prymitywne
Rozpylanie „nieszkodliwego środka grzybobójczego” Lech Ścigany przypłacił wielodniowym zapaleniem spojówek. Moje dolegliwości zniknęły znacznie wcześniej, toteż postanowiłem wspomóc poszkodowanego w zabiegach o dostęp do dokumentacji policyjnej interwencji.
Juz 2 czerwca 2025 Komendant Policji w Cedrach Wielkich otrzymał pismo następującej treści:
„Proszę o udostępnienie opisu interwencji Policji po moim zgłoszeniu oprysku w bezpośrednnim sąsiedztwie mojego siedliska nieokreślonym preparatem, dokonywanego przez Pana W.”.
5 czerwca 2025 na mój adres mailowy, udostępniony dla potrzeb Lecha Ściganego wpłynęła informacja od nadkomisarza Marka Silarskiego, komendanta Komisariatu Policji w Cedrach Wielkich o konieczności dokonania opłaty skarbowej w wysokości 17 zł za wydanie zaświadczenia dotyczącego interwencji w dniu 27 czerwca 2025. Wprawdzie nadkomisarz podał datę, która jeszcze nie nastąpiła (powinno być 27 maja 2025) lecz tę pomyłkę poprawiłem i wpłata została dokonana tego samego dnia, a jej potwierdzenie wysłane natychmiast e-mailem.
Poczta tradycyjna działa znacznie wolniej toteż tydzień później Lech Ścigany otrzymał pismo datowane na 04 czerwca 2025, a więc – uwaga! – o jeden dzień wcześniej niż informacja komendanta o konieczności opłaty skarbowej, w którym można przeczytać:
„Zaświadcza się, że w dniu 27.05.2025 r. funkcjonariusze Komisariatu Policji w Cedrach Wielkich do sprawy JED-4934A-20250527-7442 podjęli interwencję w miejscowości Koszwały, której przedmiotem zgłoszenia było wykonywanie oprysków pola w bezpośrednim sąsiedztwie pana siedliska.
W toku przeprowadzonych na miejscu czynności funkcjonariusze ustalili stan faktyczny nie potwierdzając zagrożenia opisanego w zgłoszeniu.
Ponadto informuję, że dane ustawowo chronione zostaną przekazane na żądanie uprawnionego organu, np. Sądu, Prokuratury.”
Pod pismem podpisał się wprawdzie komendant Komisariatu Policji w Cedrach Wielkich lecz mam przeczucie graniczące z pewnością, że to pismo wysmażyła jego podwładna. Dlaczego? Ponieważ przejrzałem korespondencję, jaką Lech Ścigany otrzymywał bezpośrednio od niej samej. Cechą szczególną jej zawartości poza używaniem kłamliwych argumentów (vide: autorytatywne, choć niczym nie udokumentowane stwierdzenie o ustaleniu „stanu faktycznego”) jest sposób odnoszenia się do obywatela, który charakteryzuje typowe biurwy. Do takich zaliczam m.in. brak grzecznościowej formy „Pan” przed nazwiskiem adresata, co jest standardem nawet w pismach sądowych, sygnowanych przez osoby „cokolwiek” lepiej wykształcone od rzeczonej aspirantki, czy podkreślone w powyższym cytacie słowo „pana” pozbawione wielkiej litery.
Odpowiedź poszkodowanego do komendanta z 12 czerwca 2025 brzmiała następująco:
„Pan
Marek SILARSKI
Komendant Komisariatu Policji
w Cedrach Wielkich
Po zapoznaniu się z treścią Pańskiego pisma z 04 czerwca 2025 r. (znak jw.) oczekuję wyjaśnienia w oparciu o jakie przesłanki asp. sztab. Aldona Wilman-Wisny oraz towarzyszący Jej funkcjonariusz (personaliów nie znam) uznali, że zgłoszone przeze mnie opryski, dokonywane w środku dnia i w bezpośrednim sąsiedztwie mojego siedliska „preparatem bakteriobójczym” – jak go określiła ww. policjantka – nie stworzyły zagrożenia opisanego w moim zgłoszeniu. Zarówno ja, jak i towarzysząca mi osoba nie zauważyliśmy, aby para Pańskich podwładnych dysponowała sprzętem pomiarowym lub korzystała ze wsparcia wyszkolonego policyjnego psa względnie suki.
Przy okazji – będę zobowiązany, jeśli w kolejnych korespondencjach zachowa Pan zwyczajową formę tytułowania obywateli dokładnie w taki sam sposób, jak czynię to ja w niniejszym piśmie. Nie jestem bowiem ani Pańskim kolegą, ani – tym bardziej – Pańskim podwładnym”.
I odpowiedź komendanta z 27 czerwca 2025, tym razem z zachowaniem zwyczajowych form, choć ponownie bez określenia „Pan” przez personaliami i adresem:
„Uprzejmie informuję, iż wszelkie informacje podstawowe w przedmiocie interwencji z dnia 27 maja 2025 zostały Panu udzielone pismem z dnia 4 czerwca 2025 roku.
Ponownie również informuję, iż w pozostałym zakresie informacje zawierające dane ustawowo chronione zostaną w razie potrzeby przekazane na żądanie uprawnionego organu, np. sądu, prokuratury.
Jenocześnie informuję Pana, iż każde kolejne pismo zawierające tożsame treści i nie wskazujące żadnych nowych okoliczności zostanie pozostawione bez odpowiedzi i włączone do dokumentacji służbowej do L.dz. KP3.5604-240/2025”.
No i proszę… Opłata skarbowa tytułem dostępu do dokumentacji interwencji została pobrana lecz dostępu nie będzie. W dodatku kolejny użyty, iście kretyński argument o danych ustawowo chronionych w sytuacji, gdy personalia sprawcy oprysku zostały podane przez samego poszkodowanego, a i adres też jest mu znany.
Nadkomisarz czy podaspirant?
Zastanowienie budzą relacje między nadkomisarzem Markiem Silarskim, jakby nie patrzeć w stopniu odpowiadającym wojskowemu majorowi, zaliczanemu do oficerów starszych ale także przełożonym aspirantki sztabowej. Lech Ścigany posłużył się w tym kontekście znaną mu osobiście odmową A. Wilman-Wisny wykonania kilkunastu odbitek ksero na osobiste polecenie komendanta. Ta wytłumaczyła się krótko brakiem czasu i przełożony jak niepyszny przystąpił do nie swojej pracy.
Podczas odbywania zasadniczej służby wojskowej w Marynarce Wojennej los, a ściślej wyniesiona z technikum umiejętność operowania pismem technicznym w połączeniu z dobrą znajomością języka polskiego, zaowocowała powierzeniem mi funkcji tzw. pisarza sztabowego, często bezpośrednio przebywającego w jednym pokoju z moim przełożonym w randze komandora podporucznika, czyli odpowiednika nadkomisarza w policji. Nie zastanawiam się dzisiaj, co by spotkało podoficera, który ostentacyjnie odmawia wykonania polecenia komandora. Do rozstrzygnięcia pozostaje jedynie odpowiedź na pytanie, jak wyleciałby z gabinetu; przez otwarte drzwi czy razem z nimi.
Krótki szkic do portretu
Zarówno osobiste doświadczenia jak i wiarygodne relacje Lecha Ściganego z jego wcześniejszych kontaktów z aspirantką sztabową Aldoną Wilman-Wisny nie pozostawiają złudzeń co do jej charakterystyki. To pseudopolicjantka nie ukrywająca swojej niechęci do noszenia polskiego munduru, choć zapewne chętnie sięgająca po sowite wynagrodzenie z podatków polskich obywateli i świadcząca głównie pracę polegającą na „zaopiekowaniu się” kilkoma lub kilkunastoma mieszkańcami gminy Cedry Wielkie zbyt niezaradnymi życiowo lub starszymi i chorymi, aby móc skutecznie zareagować na przypadki nękania przez urzędniczkę z policyjną legitymacją, charakterystyczną zaczeską i przejawami ordynarnego chamstwa wobec osób, które uważa za słabsze od siebie. Przykre, że takie indywiduum ma w Policji coraz więcej pokrewnych sobie naśladowców.
Tekst i zdjęcie:
Henryk Jezierski
(26.07.2025)
P.S.
Oczywiście, Lech Ścigany 9 lipca 2025 wystąpił do Prokuratury Rejonowej w Pruszczu Gdańskim z wnioskiem o udostępnienie dokumentacji policyjnego postępowania w sprawie zakazanego oprysku pola preparatami bakteriobójczymi. O efektach tej interwencji poinformujemy niezwłocznie.
H. Jez.


