POMNIKI GRABARZA GDAŃSKA: ULICA STĄGIEWNA

Początkowo ten fragment Wyspy Spichrzów traktowano jako naturalne przedłużenie Traktu Królewskiego. Po przejściu przez Bramę Zieloną, most nad Motławą i biegnącą poprzecznie ulicę Chmielną oczom mieszkańców oraz turystów miała ukazać się w całej okazałości ulica Stągiewna zakończona Bramą Stągiewną, wyznaczającą granicę średniowiecznych obwarowań Gdańska. Koncepcja zabudowy tej ulicy przewidywała odtworzenie przedwojennych kamienic z zachowaniem co najmniej ich fasad, szerokości, wysokości oraz linii zabudowy na istniejących w większości fundamentach, zgodnych z planami Daniela Buhsego, wykonanymi w latach 1866-69.
Zaczęto od realizacji południowej strony Stągiewnej oraz trzech sąsiadujących z nią ulic – Chmielnej, Spichrzowej i Motławskiej. W zamyśle miał to być kompleks 40 kamienic tworzących czworobok, wnętrze którego od poziomu I piętra wypełniało patio w formie zielonego dziedzińca. Budowę poprzedziły wieloletnie zmagania inwestorów z jej zdeklarowanymi przeciwnikami w osobach – uwaga! – magistrackich urzędników. Rzecz o tyle dziwna, że dotyczyła odbudowy znacznej części Głównego Miasta, a inwestorami mieli być wyłącznie gdańszczanie.
Co ciekawe – podobnych problemów nie miały zagraniczne firmy zapełniające w tym samym okresie przestrzeń Gdańska molochami w rodzaju super- czy hipermarketów, które w cywilizowanych państwach lokalizowane są na peryferiach miast. Nasuwa się pytanie, skąd taka niechęć wobec inicjatywy obywateli gotowych wyłożyć znaczne pieniądze na zainwestowanie w nieruchomość z jednoczesnym przywróceniem swojemu miastu dawnej świetności?

Mam swoją hipotezę na ten temat. W 1987 roku, jako ówczesny przewodniczący Rady Pracowniczej Gdańskiego Wydawnictwa Prasowego byłem jednym ze współzałożycieli Międzyzakładowej Własnościowej Spółdzielni Mieszkaniowej „STĄGIEWNA”. Naszym partnerem w tym przedsięwzięciu był Zespół Autorskich Pracowni Architektonicznych, a konkretnie – wchodząca w jego skład pracownia kierowana przez Stefana Philippa. Cel powołania spółdzielni był prosty i korzystny dla co najmniej trzech stron; dziennikarze mieli zyskać możliwość poprawienia swojej sytuacji mieszkaniowej, architekci – zrealizowania poważnego zlecenia projektowego nie dość, że korzystnego materialnie (honoraria plus mieszkania) to jeszcze będącego ambitnym wyzwaniem zawodowym, natomiast magistrat – wskrzeszenia z ruin znacznej i prestiżowej części Gdańska bez uszczuplenia jego budżetu choćby o złotówkę.
Niestety, także bez zwiększenia osobistego budżetu decyzyjnych urzędników. No bo jakże oczekiwać jakichkolwiek „dowodów wdzięczności”, gdy po drugiej stronie stołu siedzą dziennikarze tylko czekający na tego rodzaju sugestie. Tym sposobem władze Gdańska zamiast stać się sprzymierzeńcem inwestycji przeszły na stronę jej zdeklarowanych wrogów lokując jednocześnie swoje – raczej nie bezinteresowne – nadzieje w patronowaniu budowom kolejnych handlowych molochów powstających nie na obrzeżach lecz w centrach największych dzielnic.
Ponieważ w miarę upływu lat przybywa różnej maści „wujów” przypisujących sobie cudze zasługi w powstaniu „Stągiewnej” śpieszę poinformować, że faktycznym sprawcą tej inicjatywy, jakże owocnej zarówno dla członków spółdzielni, jak i samego Gdańska, był Wiesław Zieniewski, ówczesny dyrektor Gdańskiego Wydawnictwa Prasowego. Dzięki jego menedżerskim zdolnościom oraz dobrym kontaktom z władzą administracyjną oraz partyjną na najwyższym poziomie zarówno w hierarchii miejskiej, jak i wojewódzkiej, spółdzielnia otrzymała już na starcie wiano najwyższej wartości; tzw. wskazanie lokalizacyjne pod budowę zespołu kamienic na Wyspie Spichrzów, w odległości ledwie 300 metrów od Studni Neptuna, centralnego punktu grodu nad Motławą.
Niżej podpisanego wydawnictwo oddelegowało do pracy – co podkreślam – społecznej w zarządzie spółdzielni. Jako wiceprezes do spraw członkowskich byłem odpowiedzialny za tzw. pozyskiwanie gdańskich przedsiębiorców gotowych podjąć ryzyko zainwestowania w wybrane i – póki co – tylko wyrysowane na papierze kamienice i kamieniczki. Zasada była prosta; przyszły właściciel miał przelewać na konto spółdzielni należności będące pochodną metrażu swojego lokalu oraz proporcjonalnego udziału w finansowaniu kolejnych etapów budowy.
Mówiąc krótko; płacono sukcesywnie i akurat tyle, ile było potrzebne, aby zapewnić płynność budowy. Nie słyszałem, aby ktokolwiek musiał przy takim rozwiązaniu sięgać po bankowe kredyty, choć zdarzali się członkowie i to z „górnej półki” finansowani całymi miesiącami przez pozostałych, solidniejszych spółdzielców. Część z nich ostatecznie zrezygnowała z działania na tzw. krzywy ryj i opuściła spółdzielnię ale paru dojechało tą metodą aż do szczęśliwego finału.
Mimo wszystko, kwestie członkowskie okazywały się daleko mniejszym problemem niż wyegzekwowanie od magistratu formalnej podstawy do rozpoczęcia inwestycji, a konkretnie – zamiany wskazania lokalizacyjnego na decyzję lokalizacyjną. Tutaj sprawy szły jak po grudzie, przy czym to określenie nie jest przypadkowe i odnosi się do personaliów Ryszarda Grudy, wiceprezydenta miasta w latach 1990 – 2002, do dzisiaj zresztą wrogo nastawionego do koncepcji wprowadzenia na Wyspie Spichrzów funkcji mieszkaniowych. Obawiam się, że nie było to jedyny powód – nazwijmy to delikatnie – braku sympatii do spółdzielni, której współzałożycielem i członkiem władz był dziennikarz wyspecjalizowany w tropieniu i ujawnianiu afer budowlanych, w dodatku – z legitymacją ogólnopolskiego, wysokonakładowego i prestiżowego tygodnika „Polityka”, na którą gdańskie władze i służby nie miały żadnego, „dyscyplinującego” przełożenia. Na Warszawę te ręce okazały się stanowczo za krótkie.

Szczęściem R. Gruda nie miał ostatniego zdania w tym konflikcie. Udało mi się przekonać jednego z byłych radnych (personaliów nie podam, gdyż z czasem dokonał zaskakującej metamorfozy), a za jego pośrednictwem nieżyjącego już Franciszka Jamroża, prezydenta miasta w latach 1991-94 do wydania decyzji lokalizacyjnej, pozwalającej wreszcie ruszyć z budową.


Jakże wymowne są tutaj terminy kolejnych etapów w historii „Stągiewnej”: 1987 – założenie spółdzielni, 1992-94 – opracowanie projektu, 1995 – wmurowanie kamienia węgielnego na poziomie I piętra (tzw. patio), 1999 – zakończenie inwestycji.
Jeszcze bardziej wymowne są jej koszty z perspektywy pojedynczego członka. Otóż metr kwadratowy lokalu w stanie surowym zamkniętym kosztował go… 1,4 tys. zł. Przypomnijmy – mówimy o lokalizacji w samym sercu Gdańska. Tymczasem za taki sam metr kwadratowy mieszkania w stanie surowym zamkniętym wybudowanego na peryferiach miasta, często bez podstawowej infrastruktury, trzeba było zapłacić w 1999 roku ponad dwukrotnie drożej, konkretnie – 3,0 tys. zł. To tłumaczy przy okazji powody żelaznej konsekwencji z jaką władze III/IV RP niszczą ideę spółdzielczości – jednej z rozsądniejszych form gospodarowania wspólnymi pieniędzmi.
Pieczołowicie zrekonstruowany zespół czterdziestu kamienic doczekał się uhonorowania autorów projektu m.in. Medalem 1000-lecia Miasta Gdańska za – uwaga! – „przywrócenie piękna historycznego” oraz nagrodą w ogólnopolskim konkursie „Piękne Miejsca”. Wydawało się zatem, że kwestia powierzenia spółdzielni „Stągiewna” jeszcze bardziej starannego (patrz: już zdobyte doświadczenia) odtworzenia drugiej, północnej strony ul. Stągiewnej będzie zwykłą formalnością.

Niestety, nic z tych rzeczy. A powód? Od 1998 roku niepodzielną władzę nad miastem przejął Paweł Adamowicz, niekwestionowany grabarz Gdańska. Przerwać budowy południowej strony ulicy Stągiewnej wprawdzie już nie mógł ale wpływ na to, co będzie po stronie drugiej miał całkowity. Takie niuanse jak zachowanie historycznej linii zabudowy oraz szerokości i wysokości kamienic, a tym bardziej wyglądu ich fasad okazały się nagle zupełnie nieistotne. „Budyń” zdecydował arbitralnie, iż wysokość kamienic po drugiej stronie Stągiewnej może odnosić się do wysokości… wiatrowskazu zamontowanego na szczycie nadmotławskiego Żurawia, czyli około 35 metrów. Dzięki tej, wiekopomnej wytycznej Adamowicza stalowo-szklane toy-toye wzdłuż północnej pierzei ul. Stągiewnej składające się na kompleks hoteli „Granaria” i „PURO” przewyższają swoje vis-a-vis nawet o trzy piętra.
W sprawach dotyczących odbudowy bądź zabudowy Głównego i Starego Miasta dla „Budynia” nie było żadnych autorytetów. Ów magister prawa po podrzędnym uniwersytecie, który nie skalał się żadną społecznie użyteczną pracą był tak bezczelny, że nawiązując do opinii zwolenników historycznej rekonstrukcji Wyspy Spichrzów w osobach architekta Stanisława Michela (autora projektów 12 z 40 kamienic wybudowanych przez spółdzielnię „Stągiewna”) oraz prof. Andrzeja Januszajtisa, akurat wileńskiego ziomka Adamowiczów, stwierdził:
„Pewien zasłużony architekt starszej daty oraz emerytowany profesor fizyki nie mają monopolu na pomysły związane z gdańską architekturą”.
Ciągle nie mogę darować Stefanowi W. za to, że zadźgał tak oczywistego szkodnika w randze prezydenta miasta, wynosząc go tym samym na piedestały i do statusu niemal świętego, choć pozostając przy życiu z pewnością doczekałby nie tylko skazujących wyroków sądowych, ale także uczciwej oceny swoich skandalicznych dokonań, przynajmniej w oczach świadomych gdańszczan.
Do wyjaśnienia pozostaje jeszcze kwestia braku jakiejkolwiek widocznej i – przede wszystkim – skutecznej reakcji ze strony osób ustawowo odpowiedzialnych za ochronę architektonicznego dziedzictwa grodu nad Motławą, Mam tu na myśli przede wszystkim Mariana Kwapińskiego, konserwatora wojewódzkiego w latach 1991 – 2012 oraz – równolegle – konserwatora miejskiego w latach 2004 – 2012, Dariusza Chmielewskiego, konserwatora wojewódzkiego w latach 2012 – 2016, Agnieszkę Kowalską, konserwator wojewódzką w latach 2016 – 2019, Małgorzatę Chmiel, konserwator miejską w latach 1995 – 2004 oraz Grzegorza Sulikowskiego, konserwatora miejskiego w latach 2012 – 2019. Trudno powiedzieć, gdzie był też np. Henryk Paner, dyrektor Muzeum Archeologicznego w Gdańsku, który co chwilę wstrzymywał budowę i wyciągał pieniądze od spółdzielni „Stągiewna” na badania archeologiczne, po czym praktycznie zaniechał stosowania podobnej praktyki wobec inwestorów budujących po drugiej stronie tej samej ulicy?Czy ww. urzędnicy byli tak zastraszeni, czy po prostu przekonani do zasadności dewastowania miasta przez deweloperów i ich patrona zza biurka przy ul. Nowe Ogrody?
I jeszcze coś, co wcale nie jest anegdotą. W albumie uchodzących za najlepszych foto-kronikarzy Gdańska Zbigniewa i Macieja Kosycarzy zatytułowanym „Niezwykłe zwykłe zdjęcia Drogi Królewskiej w Gdańsku” pod zdjęciem Bramy Zielonej i przystani „Żeglugi Gdańskiej” wykonanym 16 marca 2017 roku przez Macieja, młodszego z ww. duetu, czytamy: „Po ponad siedemdziesięciu latach od zakończenia II wojny światowej na Wyspie Spichrzów powstaną nowe budynki”. Sęk w tym, że już powstały i to prawie dwadzieścia lat wcześniej. Widać je tuż po wejściu na Most Zielony – aż 40 (słownie: czterdzieści) kamienic, ostatnich, które nawiązują do historycznej zabudowy tej części Gdańska. W okresie blisko pięćdziesięcioletniej pracy dziennikarskiej i redakcyjnej spotkałem setki fotoreporterów lecz nigdy ślepego, Ten precedens może po części wyjaśniać fakt, iż album sfinansowany był przez Urząd Miasta Gdańska i dwa podległe mu przedsiębiorstwa. Rozumiem niechęć włodarzy miasta do inwestycji, która wymknęła się spod ich „opieki” ale żeby aż tak nienawidzić największy i najstaranniej odtworzony fragment Głównego Miasta w drugiej połowie XX wieku?
Tekst, zdjęcia i reprodukcje:
Henryk Jezierski
(09.04.2026)
OTRZYMALIŚMY
Dziękuję za ciekawy artykuł. W Poznaniu mamy podobną sytuację. Wysyłam fotografie, wzięte z Internetu, przedstawiające podobne szkaradztwo na naszym Starym Mieście. Po przekątnej skrzyżowania przy hotelu PURO odkopano i zasypano fundamenty Bramy Wronieckiej. Jak ostatnio dowiedziałem się gabaryty hotelu uniemożliwiają obecnie jej nadbudowę. Miała kończyć ciąg murów i baszt zachodnio-północnej części Starego Miasta, przed synagogą. Na moje pytanie w Towarzystwie Opieki nad Zabytkami o to, kto podejmuje decyzje o zabudowie w Poznaniu, otrzymałem odpowiedź, że leży to w gestii prezydenta miasta.


Mieszkaniec Poznania (personalia znane Redakcji)
Zdjęcia: domena publiczna
(11.04.2026)

